Bieszczadzkie Anioły

Stworzenie reportażu ślubnego dla Kasi i Piotra było dla mnie jednym z większych przeżyć fotograficznych. Piotra znam od wielu lat i połączyła nas właśnie fotografia. Wiele lat temu spotkaliśmy się na kawie i zdjęciach we Wrocławiu, gdzie zrobiliśmy sobie nawzajem sesje fotograficzne. Sięgając teraz w głąb pamięci wydaje mi się, że mogło to być nawet dziesięć lat temu. Piotr stworzył też najlepsze miejsce na ziemi - Plenery fotograficzne w Michałowicach, gdzie od lat jeżdżę ja i jedni z lepszych fotografów kreacyjnych, portretowych i aktowych w Polsce. Od niedawna plenery zostały rozszerzone o Warsztaty w Michałowicach, na które zapraszam wszystkich, którzy szukają nowych bodźców w fotografii i chcą doskonalić swój warsztat. Cała ta historia sprawiła, że miałam niemały stres na myśl, że będę fotografować ślub tak dobrego fotografa, który miał do wyboru masę innych, doskonałych twórców. Same plenery w Michałowicach są miejscem, dzięki któremu poznałam siebie, swoją fotografię i do tej pory tam odpoczywam i wyżywam się fotograficznie. No, ale to tyle mojej osobistej wycieczki. 

Kasia i Piotr postanowili wziąć ślub w październiku (!!!) co jest nie do uwierzenia patrząc na zdjęcia, widząc to światło i lekkie stroje wszystkich gości. Postanowili rozdzielić świętowanie na dwie części i dwa miejsca. 

Część pierwsza czyli ślub plenerowy odbył się w Bieszczadach, pod gołym niebem, w gronie naj-naj-najbliższej rozdziny. Dojechałam do nich o poranku, jadąc podziwiałam krwisto-czerwony wschód słońca, który dał mi inspirację do sesji jaką wykonaliśmy na następny dzień. Dzień był w zasadzie bardzo leniwy, spokojny. Taka forma ceremonii jest dla mnie idealna - nie ma niepotrzebnego stresu, nadmiaru obowiązków. W skrócie - było dwadzieścia parę stopni, masa łez wzruszenia (również u mnie), "Tak", uściski, przytulenia, obiad, przemówienia, góralska muzyka na altance, posiadówa, mini burgery, ognisko, a nawet lasery. A po tym wszystkim o piątej rano wstaliśmy i pojechaliśmy na sesję. Wywinęłam się nawet z mandatu, który niemalże dostałam, gdy pędziliśmy do drugiej lokalizacji na ostatnie czerwone promienie słońca. 

Druga część to podwojenie magii. Na końcu reportażu znajdziecie odnośnik.